Co robi teatr w niedzielne południe? Czeka na wieczornych gości,
odpoczywa po pracowitym tygodniu, wygrzewa stare mury w promieniach lubelskiego
słońca? A może – kiedy nikt nie widzi– sędziwy teatr gości u siebie
dzieci?
Co robią dzieci w teatrze? Mogą biegać
po szerokich schodach, bawić się w chowanego między rzędami płaszczy w szatni,
pić kakao w „Teatralnej”, czasami wystąpią na scenie, kiedy akurat reżyserowi
potrzeba małych bohaterów, tak małych, że nawet charakteryzacja dorosłym
aktorom nie pomoże. A kiedy największe łobuzy się zmęczą, przychodzi czas na
słuchanie opowieści.
Malina Prześluga jest dramatopisarką,
dramaturgiem, tworzy piosenki do spektakli. Pisze też bajki. Niby poprawne – są
postacie, jakiś czas i miejsce akcji, pozytywne zakończenie z ciekawą pointą i
morałem. Tylko z tymi bohaterami coś nie tak. Królewicz nie przyszedł, królewna
zakochała się w smoku, nie chce być ocalona, ma muchy w nosie, więc cóż robić?
Wystąpią ci, którzy zostali – koń bez księcia, pluszowy miś oraz pchle
rodzeństwo uciekające przed niszczycielskim kapciem.
Trzy bajki Maliny Prześlugi wybrano na
inaugurację „Poczytajek”. W niedzielne południe, foyer wypełniło się tupotem
małych nóżek, gadaniem małych główek, warkoczykami, sukieneczkami, zabawkami
trzymanymi w małych rączkach. Stare, szacowne mury patrzyły na to zdziwione, a
może już wypatrywały przyszłych stałych bywalców, widząc ich na kolanach mam,
tatusiów i babć. Przy stoliku zasiedli Nina Skołuba-Uryga wraz z Włodzimierzem
Wiszniewskim. To właśnie oni mieli użyczyć swoich głosów pchłom: Majce i
Maćkowi, zagubionej owieczce, rumakowi Romualdowi, a także innym bohaterom
stworzonym przez bajkopisarkę. Podjęli się trudnego zadania – skupić uwagę
małego człowieka na 45 minut tylko za pomocą słowa.
„Bajka
o mnie? To musi być jakaś pomyłka. Może to bajka o rycerzu w złotej zbroi i
jego wiernym, nieistotnym koniu?” – głosem Włodzimierza Wiszniewskiego, aktora
związanego z lubelskim teatrem od ponad pół wieku, Rozczarowany Rumak Romuald
(do złudzenia przypominający osiołka ze „Shreka”, zarówno tembrem, jak i
charakterem) rozpoczął swoją historię. Opowiadał o tym, jak czekał na księcia,
który nie przyszedł, jak postanowił sam ruszyć na pomoc krzyczącej,
przyklejonej królewnie, jak uczył się skręcać, jak pokonał okropny, zaczarowany domofon, sześć pięter, które
poddały się bez walki, jak wpadł do złej, czarodziejskiej kuchni pełnej zaklęć, demonów i… Maggi, a w końcu, jak znalazł
tam swoją uwięzioną królewnę – małą, czarną muchę Marzenę przyklejoną do lepu. Ocalony robaczek podziękował mu głosem Niny Skołuby-Urygi i… żyli długo i szczęśliwie, bo tak
się kończą dobre bajki, nawet gdy zabraknie w nich prawdziwego księcia czy
prawdziwej królewny.
Potem było jeszcze o brudnym, różowym,
pluszowym misiu, który myślał, że jest złym, parszywym szczurem; o zagubionej
owieczce z plastiku i powietrza; o Majce, pchle-podróżniczce oraz jej
najwspanialszym na świecie starszym bracie Maćku; o komarze Ryszardzie i o
jamniku. Aktorzy, pracując głównie głosem, a trochę też mimiką, otworzyli przed
słuchaczami niezwykły świat, który, choć niedostrzegany, istnieje obok nas.
Mikrokosmos w roli głównej. Cud rzeczy małych. Bo tak jest w życiu, że nie
wszyscy są królewnami, czasem jest się zwykłą pchłą. I tej pchle też się bajka
należy.
A czy wąż ma
prawo do swojej opowieści? Wąż, którego nikt nie lubi, bo jest oślizły,
jadowity, taki przyziemny, a w dodatku od zawsze źle się kojarzy – z utraconym
rajem, Bożą karą? Może miedziany wąż Mojżesza trochę zrehabilitował gadzi ród,
ale i tak pozostała w człowieku jakaś niechęć i obawa przed tym tajemniczym
gatunkiem.
Aż tu nagle pojawiła się Marta Guśniowska. Popatrzyła na
węża i żal jej się go zrobiło, bo taki biedny, nielubiany, bez przyjaciół, bez
nóg i rąk, świat ogląda ciągle z jednej perspektywy. A przecież to też
stworzenie Boże! Więc wymyśliła węża, którego da się lubić i wysłała go na
poszukiwanie rąk i nóg.
Poszedł (a
raczej popełznął) sobie wąż przez Polskę, minął Białystok i Wrocław, odwiedził
Toruń i dotarł do Lublina. Spodobało się wężowi w Lublinie! Bartłomiej Miernik
zaprosił go na drugą edycję „Poczytajek”. Jan Wojciech Krzyszczak użyczył mu
swojego głosu – bo przecież węże nie mówią, tylko syczą, a nie każdy rozumie
język syczany. Uczniowie szkoły muzycznej imienia Tadeusza Szeligowskiego w
Lublinie pięknie mu zagrali na przywitanie. Teresa Filarska dwoiła się dla
niego i troiła – to była chomikiem Chrupusiem, to gekonem o basowym głosie, to
Wróżką Zębuszką o pięknym alcie. A przede wszystkim, jako narratorka, starała
się doprowadzić do spotkania węża z Tym, który go stworzył – żeby mógł Go
osobiście zapytać o te ręce i nogi.
I
dowiedział się wąż od uśmiechniętego najcieplejszym uśmiechem Boga, że jest
dokładnie taki, jaki ma być – kompletny, idealny, stworzony z Miłością. I że
taki, jaki jest, może być szczęśliwy.
Kto by
pomyślał, że w teatrze można wykładać teologię – i to w wersji mini!
Ewa Imielska
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz