piątek, 15 maja 2015

Bajki przewrócone na lewą stronę



Co robi teatr w niedzielne południe? Czeka na wieczornych gości, odpoczywa po pracowitym tygodniu, wygrzewa stare mury w promieniach lubelskiego słońca? A może – kiedy nikt nie widzi– sędziwy teatr gości u siebie dzieci?
        Co robią dzieci w teatrze? Mogą biegać po szerokich schodach, bawić się w chowanego między rzędami płaszczy w szatni, pić kakao w „Teatralnej”, czasami wystąpią na scenie, kiedy akurat reżyserowi potrzeba małych bohaterów, tak małych, że nawet charakteryzacja dorosłym aktorom nie pomoże. A kiedy największe łobuzy się zmęczą, przychodzi czas na słuchanie opowieści.
       Malina Prześluga jest dramatopisarką, dramaturgiem, tworzy piosenki do spektakli. Pisze też bajki. Niby poprawne – są postacie, jakiś czas i miejsce akcji, pozytywne zakończenie z ciekawą pointą i morałem. Tylko z tymi bohaterami coś nie tak. Królewicz nie przyszedł, królewna zakochała się w smoku, nie chce być ocalona, ma muchy w nosie, więc cóż robić? Wystąpią ci, którzy zostali – koń bez księcia, pluszowy miś oraz pchle rodzeństwo uciekające przed niszczycielskim kapciem.
        Trzy bajki Maliny Prześlugi wybrano na inaugurację „Poczytajek”. W niedzielne południe, foyer wypełniło się tupotem małych nóżek, gadaniem małych główek, warkoczykami, sukieneczkami, zabawkami trzymanymi w małych rączkach. Stare, szacowne mury patrzyły na to zdziwione, a może już wypatrywały przyszłych stałych bywalców, widząc ich na kolanach mam, tatusiów i babć. Przy stoliku zasiedli Nina Skołuba-Uryga wraz z Włodzimierzem Wiszniewskim. To właśnie oni mieli użyczyć swoich głosów pchłom: Majce i Maćkowi, zagubionej owieczce, rumakowi Romualdowi, a także innym bohaterom stworzonym przez bajkopisarkę. Podjęli się trudnego zadania – skupić uwagę małego człowieka na 45 minut tylko za pomocą słowa.
      Bajka o mnie? To musi być jakaś pomyłka. Może to bajka o rycerzu w złotej zbroi i jego wiernym, nieistotnym koniu?” – głosem Włodzimierza Wiszniewskiego, aktora związanego z lubelskim teatrem od ponad pół wieku, Rozczarowany Rumak Romuald (do złudzenia przypominający osiołka ze „Shreka”, zarówno tembrem, jak i charakterem) rozpoczął swoją historię. Opowiadał o tym, jak czekał na księcia, który nie przyszedł, jak postanowił sam ruszyć na pomoc krzyczącej, przyklejonej królewnie, jak uczył się skręcać, jak pokonał okropny, zaczarowany domofon, sześć pięter, które poddały się bez walki, jak wpadł do złej, czarodziejskiej kuchni pełnej zaklęć, demonów i… Maggi, a w końcu, jak znalazł tam swoją uwięzioną królewnę – małą, czarną muchę Marzenę przyklejoną do lepu. Ocalony robaczek podziękował mu głosem Niny Skołuby-Urygi i… żyli długo i szczęśliwie, bo tak się kończą dobre bajki, nawet gdy zabraknie w nich prawdziwego księcia czy prawdziwej królewny.

Potem było jeszcze o brudnym, różowym, pluszowym misiu, który myślał, że jest złym, parszywym szczurem; o zagubionej owieczce z plastiku i powietrza; o Majce, pchle-podróżniczce oraz jej najwspanialszym na świecie starszym bracie Maćku; o komarze Ryszardzie i o jamniku. Aktorzy, pracując głównie głosem, a trochę też mimiką, otworzyli przed słuchaczami niezwykły świat, który, choć niedostrzegany, istnieje obok nas. Mikrokosmos w roli głównej. Cud rzeczy małych. Bo tak jest w życiu, że nie wszyscy są królewnami, czasem jest się zwykłą pchłą. I tej pchle też się bajka należy.
       A czy wąż ma prawo do swojej opowieści? Wąż, którego nikt nie lubi, bo jest oślizły, jadowity, taki przyziemny, a w dodatku od zawsze źle się kojarzy – z utraconym rajem, Bożą karą? Może miedziany wąż Mojżesza trochę zrehabilitował gadzi ród, ale i tak pozostała w człowieku jakaś niechęć i obawa przed tym tajemniczym gatunkiem.
Aż tu nagle pojawiła się Marta Guśniowska. Popatrzyła na węża i żal jej się go zrobiło, bo taki biedny, nielubiany, bez przyjaciół, bez nóg i rąk, świat ogląda ciągle z jednej perspektywy. A przecież to też stworzenie Boże! Więc wymyśliła węża, którego da się lubić i wysłała go na poszukiwanie rąk i nóg.
       Poszedł (a raczej popełznął) sobie wąż przez Polskę, minął Białystok i Wrocław, odwiedził Toruń i dotarł do Lublina. Spodobało się wężowi w Lublinie! Bartłomiej Miernik zaprosił go na drugą edycję „Poczytajek”. Jan Wojciech Krzyszczak użyczył mu swojego głosu – bo przecież węże nie mówią, tylko syczą, a nie każdy rozumie język syczany. Uczniowie szkoły muzycznej imienia Tadeusza Szeligowskiego w Lublinie pięknie mu zagrali na przywitanie. Teresa Filarska dwoiła się dla niego i troiła – to była chomikiem Chrupusiem, to gekonem o basowym głosie, to Wróżką Zębuszką o pięknym alcie. A przede wszystkim, jako narratorka, starała się doprowadzić do spotkania węża z Tym, który go stworzył – żeby mógł Go osobiście zapytać o te ręce i nogi.
           I dowiedział się wąż od uśmiechniętego najcieplejszym uśmiechem Boga, że jest dokładnie taki, jaki ma być – kompletny, idealny, stworzony z Miłością. I że taki, jaki jest, może być szczęśliwy.
           Kto by pomyślał, że w teatrze można wykładać teologię – i to w wersji mini!
 Ewa Imielska

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz