Zło wcielone, demon, honorowy członek
Kościoła Szatana (co sam Manson uznaje
za oznakę szacunku, mimo że nie ma zamiaru ani praktykować, ani pełnić swej
funkcji) – o tej barwnej, charyzmatycznej postaci można by mówić wiele.
Pana Briana Hugh Warnera, znanego lepiej jako Marilyn Manson, chyba nikomu przedstawiać nie
trzeba. Mimo, że jego twórczość owiewa aura kontrowersji, bezapelacyjnie jest
uznawany za jedną z największych współczesnych gwiazd rocka a według Hit
Parader nawet za jednego z największych wokalistów metalowych wszechczasów.
Jego kawałki uświetniały między innymi soundtracki takich superprodukcji
jak „Matrix”, „Zagubiona autostrada”, „Resident Evil”, czy „Piła II”. Nic dziwnego – muzyk
ma na koncie takie prestiżowe wyróżnienia jak Billboard Music Video Award czy
MTV Video Music Awards. 20 stycznia wyszedł najnowszy, 10-ty już krążek
zatytułowany The Pale Emperor. Co tu
dużo mówić… jest ogień!
Album
otwiera kawałek Killing Strangers. Doskonały
mariaż ciężkich, wolnych, „rozjeżdżających się” gitar i niepokojącego
elektronicznego tła, nadającego utworowi głębi to chyba najbardziej
charakterystyczny dla tego artysty splot muzyczny. Specyficzny efekt
nadmienionego „rozjeżdżania się” został osiągnięty dzięki spóźnionej względem
reszty instrumentarium pełnej pasji wokalizie. Ta charakterystyczna chyba
jedynie dla Mansona maniera wokalna
została dodatkowo pogłębiona poprzez znaczne wydłużenie odcinka artykulacji,
obejmującego w refrenach większe sekcje rytmiczne, niż miało to miejsce w
zwrotkach. Jest to zresztą jeden z ulubionych chwytów artystycznych
wokalisty. Z utworem koresponduje zamykające krążek Odds Of Even. Również tutaj
dźwięki się „rozjeżdżają”, wokal obejmuje coraz to większe partie taktów a
gitary niespiesznie, niby niedbale posuwają się naprzód.
Singlowe Deep Six to ciemna i gęsta
kompozycja wychodząca od niskich, molowych rejestrów gitarowych i
pół-szeptanej, niepokojącej wokalizy. Dynamika słyszalna jest w refrenach,
gdzie zarówno natężenie jak i częstotliwość dźwięku rośnie, pociągając za sobą
wybuch zdecydowanej i mocnej wokalizy. Namiętnie i z pasją!
Kolejny
singiel z płyty – Third Day
Of A Seven Day Binge jest rockową balladą, w całości zanurzoną
w tonacji molowej. Bazą utworu są ciężkie, niskie rejestry gitarowe, którym
kroku dotrzymuje rytmizująca całość perkusja. Gdzieś na załamaniu jednego i
drugiego wynurza się ciemny, chwilami nucony i przepełniony skargą wokal, który
w refrenach przejmuje dominującą rolę, granicząc z krzykiem.
Utwór The Mephistopheles Of Los Angeles rozpoczyna
urzekająca melancholią ścieżka gitary, która jednak błyskawicznie zostaje
obudowana dynamiczną perkusją i stonowaną wokalizą. Slowrockowe, hipnotyzujące
partie zwrotek w refrenach nabierają dynamiki, nie tracąc jednak niczego ze
swojej posępnej, molowej i niskiej dykcji. Dynamizacji refrenów towarzyszy
zagęszczenie artykulacji wokalnej, ale również tutaj zostaje zachowany jej
surowy, ciemny charakter.
Warship My Wreck to propozycja ciężka, wręcz funeralna. Utwór
wychodzi od niespiesznie sączącej się z tła elektroniki w asyście niskich,
molowych dźwięków fortepianu. „Pogrzebowych rumieńców” nadaje im niskotonowa,
rozlewająca się nad większymi całostkami wielodźwięków wokaliza. Stopniowo z
przestrzeni wyłaniają się kolejne instrumenty, czemu towarzyszy powoli
wzrastająca zarówno mocą jak i pozycją na pięciolinii wokaliza. Punk
kulminacyjny utwór uzyskuje w refrenach, gdzie dochodzi do instrumentalnej i
wokalnej „eksplozji” natężenia dźwięków. Technicznie rewelacyjny!
Jeśli
zrobiło się wam zbyt ciężko i zbyt ponuro doskonałe antidotum znajdziecie
w Slave Only Dreams To Be
King. Marszowy, dynamiczny rytm perkusyjny okraszony silnym wokalem
wydają się być lekiem na całe zło. Warto zwrócić uwagę na doskonałą konstrukcję
kawałka, który wyśmienicie radzi sobie z nagłymi zmianami tonacji, a nawet z
ich współwystępowaniem, nie tracąc przy tym spójności i rytmiki. Kolejny
majstersztyk! Podobnie rzecz się ma z Podobnie rzecz się ma z The Devil Beneath My Feet. Jest
głośno, dynamicznie, butnie i z manierą.
Birds Of Hell Awaiting to dzika, niepokojąca i nieokrzesana kompozycja.
Utwór otwiera powolna, choć zdecydowana perkusja w asyście jęków i krzyków
rodem z tych bardziej okultystycznych filmów grozy. Wokaliza rozlewa się nad
kolejnymi wielodźwiękami, rozwlekając kawałek i usypiając czujność słuchacza na
pojawiające się wyliczankowe szepty. W mnogości dźwięków, efektów muzycznych i
intonacji można nie zauważyć, że również sama wokaliza pozornie jednostajna,
wciąż wzrasta wzwyż gamy, by nareszcie wybuchnąć nieoczekiwanym krzykiem w
refrenie.
Kolejny
singiel, Cupid Carries A Gun,
co czujniejsi serialoholicy na pewno doskonale znają z jednej z najnowszych
amerykańskich produkcji – „Salem”. Ciężka,
acz przewrotna, wręcz figlarna kompozycja bazuje na silnie zdynamizowanej
perkusji okraszonej mocną gitarą i wyrazistą wokalizą. Nie to jednak jest
najciekawsze - Manson sięga w
refrenach po muzyczny motyw bliski dziecięcej wyliczance, obudowując go silną,
acz zawsze odrobinkę spóźnioną względem głosu gitarą. Dzięki temu zabiegowi ten
dziecięcy drobiażdżek przeistacza się w figlarną, mroczną grę z konwencją i to
tę najwyższych lotów. Sami sprawdźcie!
Podsumowanie
chyba nikogo nie zaskoczy, bo Marilyn Manson to
jedna z tych formacji, którym po prostu nie zdarza się wypuścić kiepskiego
materiału. Krążek jest dopracowany i przemyślany z dokładnością co do jednego
dźwięku a sami artyści po raz kolejny dowodzą zarówno swojej technicznej jak i
kompozycyjnej perfekcji. Mariaż ciężkich basów z elektroniką? Proszę bardzo!
Współistnienie sprzecznych tonacji? Nie ma problemu! Wprowadzenie
instrumentalnej grozy? A może jednak chwila posępnej refleksji? Dla tych panów
nie ma rzeczy niemożliwych!
Ewa Imielska